Wejście Smoka… po ciemku, czyli dlaczego do klasztoru zabrała mnie policja

Pobudka

Była piąta rano. Obudziłem się z twarzą oddaloną od sufitu o jakieś 30 centymetrów, w ubraniach, chociaż bez skarpetek. Rozebranie się na noc do bokserek byłoby trochę niestosowne, zważywszy że noc spędziłem w wagonie sypialnym, który dzieliłem z rodziną z dwójką dzieci. Ale najważniejsze że dotarłem na miejsce. Dali, położone na południu Chin, to urokliwe miasteczko, które dzięki kombinacji pięknych świątyń, nieskażonej natury i przemyślanej infrastruktury (w postaci kolejki linowej i miejskich łódek), stało się jednym z najpopularniejszych wśród Chińczyków miejscowości wypoczynkowych. 

W okresie Chińkiego Nowego Roku, Dali było przystrojone w charakterystyczne lampiony

Przyczyniły się do tego zadbane obiekty naturalne w postaci pasma gór i jeziora. W sercu Dali wielu turystów może spędzić popołudnia w Old City, czyli po naszemu starówce, która w praktyce wygląda jak azjatycka wersja Krupówek – dziesiątki sklepów z pamiątkami, restauracji i hoteli a co za tym idzie – tysiące turystów. Jeszcze przed kilku laty Dali było popularnym miejscem wśród “plecakowiczów” z zachodu, ale obecnie lwia część przyjezdnych to Chińczycy chcący wyrwać się z monotonii życia codziennego.

 
Liczne świątynie dodawały Dali mistycznego uroku,

 

Około 12 km od starówki znajdowało się miejsce które zostało moim domem przez następne kilka tygodni, a mianowicie Wu Wei Si – buddyjska świątynia założona przez mnicha wyszkolonego w niezliczonej ilości stylów Kung Fu. Jeden z tych styli pochodzi z samego Shaolin, które obecnie istnieje w 2 wersjach: rzeczywistej i komercyjnej. “Rzeczywisty” Shaolin w Dengefeng jest wprawdzie otwarty dla turystów, jednak autentyczny trening jest niemal niedostępny dla ludzi spoza Chin – niektóre źródła podają że od początku swojej działalności, łącznie trenowało tam około 50 ludzi z zachodu . 

Ci wybrańcy musieli najpierw zacząć swoje trening w jednej z autoryzowanych szkół Shaolińskiego kung fu rozproszonych po całym świecie,  których założyciel jest zazwyczaj byłym mnichem tegoż klasztoru. Tylko wtedy było możliwe uzyskanie niezbędnego listu polecającego, umożliwiającego podjęcie treningu w “rzeczywistym” Shaolin. Wszyscy inni skuszeni obietnicą autentycznych orientalnych doznań, wracają zawiedzeni kosztowną pułapką dla turystów, jakim jest sieć szkół Kung fu powiązanych z główną świątynią. 

Wu Wei Si nie było Shaolinem – ale wśród bardzo nielicznych informacji jakie znalazłem w internecie, można było wywnioskować że świątynia ta zachowała surowość dawnych lat i gościnność godną pułapek na turystów.

Przygotowanie

Przed przekroczeniem progu świątyni konieczne było przygotowanie zapasów – środków czystości, stroju do ćwiczeń  drobnych przekąsek. Jako że jest to aktywna świątynia buddyjska, wszystkich mieszkających obowiązuje ścisła wegetariańska dieta. Doprowadziło to do stworzenia swoistego rytuału: każdy podróżny zatrzymuje się w Dali na zjedzenie ostatniego, na jakiś czas, posiłku mięsnego. W świątyni nie ma też internetu, dlatego ważne jest żeby się upewnić że znajomi i rodzina wiedzieli, że nic złego się z nami nie dzieje ale przez następne tygodnie, kontakt będzie bardzo utrudniony.

Przygotowania zajęły mi dłużej niż się spodziewałem – wśród ogromu sklepów na starówce, niewiele było takich które sprzedawały produkty codziennego użytku. Jakie to miało znaczenie? Ano takie, że gdy byłem już gotowy opuścić cywilizacje, nastało późne popołudnie. W normalnych warunkach, biali turyści zostają zaczepiani przez nachalnych taksówkarzy rządnych zarobku. 

Tym razem, jak na złość, nigdzie nie było żadnego kierowcy i po kilku godzinnych poszukiwaniach z pomocą przyszedł właściciel jednego z przydrożnych hoteli, który zamówił dla mnie samochód przez DiDi – chińską wersję Ubera.

Budda. Jeden z wielu

Świątynia Wu Wei Si znajduje sie na wysokości 2000 m.n.p.m. i prowadzi do niej wyboista ścieżka pełna dziur i brakujących kamieni. Co chwilę dało się odczuć nieprzyjemne ugięcia nadwozia a wyraz twarzy kierowcy wyraźnie wskazywał troskę o samochód, który nie jest w stanie dużo wytrzymać.

Był już późny wieczór gdy zielono-żółta taksówka zatrzymała się przy szlabanie oddzielającym teren świątyni od reszty świata. Całą okolice oświetlały tylko 2 lampy, których blask zdawał się skupiać na prowadzących pod górę betonowych schodach, gęsto otoczonych buddyjskimi posągami. “To chyba tu”  – pomyślałem i nieśmiało zacząłem wspinaczkę. Po kilkudziesięciu krokach moim oczom ukazał się kolejny, największy ze wszystkich posąg przedstawiający pulchnego Buddhę, siedzącego ze skrzyżowanymi nogami. A wokół niego – absolutnie nic. Gęsty, ciemny las.

Poszukiwania

Zszedłem na dół nieco skołowany. Minąłem schody aż moim oczom ukazały się duże żelazne drzwi. Zapukałem. Bez odzewu. Zapukałem ponownie, tylko po to żeby usłyszeć głuchę ciszę. Zacząłem wołać, machać rękami, mrugać latarką ale nikt nie zdawał się zwracać uwagi. Rozejrzałem się wokół. Otaczało mnie gęsto zalesione wzgórze, małe źródełko i parking. 

W lesie oprócz drzew, można znaleźć buddyjską kapliczke

Powoli zacząłem oswajać się z myślą że być może to tutaj przyjdzie mi dzisiaj nocować. Nagle usłyszałem głośny dzwon, a po nim śpiew mężczyzny. Był to język nieznany moim uszom, a głos był wyjątkowo niski i donośny. Musieli być to mnisi śpiewający mantre na zakończenie dnia. Wspiąłem się na murek i zacząłem świecić latarką w kierunku śpiewających. 

Murek miał jakieś 2 metry wysokości i teoretycznie mógłbym zaryzykować przeskoczenie na drugą stronę, jednak pomijając oczywiste ryzyko złamania nogi na niewidocznym w ciemności podłożu, dochodzi jeszcze kwestia potraktowania intruza przez mnichów którzy spędzili lata w klasztorze trenując kung fu.  Po około godzinie nadawania sygnałów świetlnych, w oddali górskiej ścieżki zobaczyłem jasny blask dużej latarki. 

Czyżby to mnisi zwabienie moim nawoływaniem? Skądże – zwykły miejscowy policjant, który przyszedł sprawdzi źródło całego zamieszania. Przypomniałem sobie że faktycznie, tuż nad żelaznymi drzwiami, wisiała kamera monitoringu. Postęp dotarł nawet tu. 

Stróż Chińskiego prawa nie mówił ani grosza po angielsku, podobnie jak ja nie potrafiłem porozumieć się żadnym językiem, który byłby dla niego zrozumiały. Wnioskując po kontekście sytuacji, tonie głosu i wykonywanych gestach, nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Co tu robisz?? Kim jesteś?

– Mam na imię Krzysztof i chciałbym tam wejść – w tym momencie wskazałem na świtynie

– no to czemu nie wszedłeś?

– Bo jak pukałem w żelazne drzwi to nikt nie ootwierał

Policjant uśmiechnął się pobażliwie

– Chodź za mną – powiedział

Wróciliśmy pod betonowe schody oświetlone latarnią, której blask, jak sie okazało, zasłaniał kolejne schody – tym razem prowadzące w dół. igdy nie myślałem że powiedzenie „najciemniej jest pod latarnią” można traktować tak dosłownie.

Weszlimy oboje do oświetlonego świecami pomieszczenia, gdzie odziana w czerwoą pelerynę młoda dziewczyna , szerokimi ruchami pędzla malowała na płótnie chińskie symbole. Pan policjant przyprowadził kolejną dziewczynę, tym razem odzianą w pomarańczową tunike i wygoloną niemal do łysa. Trzydziestoparoletnia Xing Hui – była zakonnicą mieszkającą na stale w Wu Wei Si a od niedawna, uczyla przybyszów Kung Fu.

Wejście do świątyni niczym z Kung Fu Pandy

Buddystka była wyraźnie zdezorntowana obecnością policjanta, spojrzała na mnie z lekkim przerażeniem, po czym krótko zapytała go: „kto to jest? ” Nie słyszałem nigdy żeby klasztory prowadziły ośrodki przymusowej resocjalizacji przestępców, chociaż gdzie nie gdzie można spotkać wytatuowanych mnichów, którzy chcąc zerwać z nieraz mroczną przeszłością wstępują do zakonu w poszukiwaniu odkupienia i spokoju ducha. 

Takie nawrócenia były zawsze dorowolne, toteż zdziwienie Xing Hui było jak najbardziej uzasadnione. Policjant zdawał się z pokrótce opowiedać moją historię, co wyraźnie uspokoiło ogoloną buddystkę. Mundurowy raz jeszcze obdarzył mnie swoim pobłażliwym usmiechem, rzucił łamane „baj baj”, po czym w spokoju wrócił na posterunek.

Regulamin

W bladym świetle małej żarówki przyszło mi wypełnić prosty formularz, a z nim listę zasad do których każdy przybysz zoobowiązuje się stosować. Zakaz picia alkoholu, palenia, słuchania głośnej muzyki, spóźniania sie na treningi nie wydawały się jakoś wygórowane, podobe jak i cena: 500 yuanów (ok 270 złotych) za tydzień potwierdziły tylko pogłoski jakoby ta świątynia skutecznie uniknęła komercjalizacji. 

Podczas gdy w spokoju wczytywałem sie w regulamin, do pomieszczenia wszedł jeden z uczniów, który chciał zapłacić za ubiegły tydzień. “O, dobrze że jesteś” – powiedziała Xing Hui – “Oprowadzisz nowego i pokażesz mu jego pokój”

Vlad – bo tak miał na imię- był izraelczykiem rosyjskiego pochodzenia i mieszkał w Wu Wei Si już od dwóch tygodni, co pozwoliło mi zobaczyć jak takie miejsce wpływało na człowieka: wysuszona, miejscami czerwona, skóra i spierzchłe wargi  będące skutkiem odwodnienia i słabej higieny były świadectwem że to nie jest miejsce dla lubiących wygodę. “Chodź, pokaże Ci skąd brać wodę. “ – powiedział szeptem, po czym w milczeniu udaliśmy się do pobliskiego źródełka, koło którego wcześniej błądziłem. 

Wodę do mycia zębów bierz zawsze z rurki po lewej. Ta po po prawej jest niezdatna do picia. Jeden facet używał wody z rurki po prawej. Teraz ma zapalenie wątroby i jutro wraca do domu. W sumie najlepiej to nie pij z żadnego nich, bo to jest górska woda do której załatwiają się zwierzęta. Jeśli chcesz pitną wodę to w kuchni mamy specjalny kocioł. 

Strumyk. Tylko dla odważnych.

W tym momencie nie wytrzymałem i zapytałem: 

– Opowiedz mi jak Ci się tu podoba?  – Vlad odparł krótko:

– Jeśli chodzi o trening to jestem zawiedziony.

Vlad się lekko wyprostował, nabrał powietrza w płuca po czym dodał: 

– Przyjechałem tu dwa tygodnie temu nauczyć się kung fu, jednak jeden nauczyciel zachorował i pojechał do szpitala. Drugi wyjechał zobaczyć się z rodziną i spędzić z nimi festiwal Chińskiego Nowego Roku. Miał wrócić tydzień temu ale jeszcze go nie ma. 

– To wszyscy nauczyciele?

– Jest jeszcze Xing Hui którą poznałeś wcześniej, jednak ona od kilku tygodni prowadzi zajęcia z medytacji la mnichów z zaprzyjaźnionej świątyni. To Ci w czerwonych pelerynach. 

– Więc skoro tu nie ma trenera kung fu, to co tu robisz?

– Mieszkam, medytuje, trenuje Tai Chi które bardzo polubiłem. To miejsce jest …- tu się zamyślił szukając właściwego słowa. Sam zobaczysz. Staraj się zachować otwarty umysł, ok?

Gościniec. Tu wierni przychodzili spotykać się z mnichami

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *