Super-zakonnica i anty-Shaolin czyli trening Kung-Fu

Dzień zaczynałem zawałem serca.

Było to za sprawą półtorametrowego, mosiężnego dzwonu, w który mnisi bili z samego rana na znak rozpoczęcia dnia. Dzwon był głośny, uderzenia mocne, a mój pokój – boleśnie blisko dzwonu. 

Dzwon. Źródło nieszczęść

Do Wu Wei Si przyjechałem w poszukiwaniu treningu Kung Fu rodem z Shaolinu, ale to miejsce Shaolinem nie było. Wu Wei Si to przede wszystkim świątynia, a treningi były dla mnichów tylko możliwością. Sam Sifu znał wiele styli Kung Fu, a to czego tu nauczano było po prostu jego osobistą interpretacją, będącą wynikiem wieloletnich podróży po kraju.

Inspiracja dla filmu Avatar?

Co do samego Shaolinu. Bardzo dobrze że mnie tam nie ma! Według wszelkich przesłanek dostępnych w internecie, legendarny klasztor dopadła najgorsza choroba naszych czasów. Komercjalizacja.Teraz to miejsce jest dobre tylko dla takich ludzi, którzy wierzą że po woskowaniu sąsiadowi samochodu przez miesiąc można zostać największym kozakiem w okolicy. I choć pewnie dobrze pokazuje jak powstawało Kung-Fu, ja jednak wolałem Wu Wei. 

Tutaj mogłem zobaczyć w jaki sposób przetrwało.

 

Xing Hui zawsze była odziana w pomarańczową pelerynę. Dostała ją od swojej mistrzyni, która wcześniej nosiła ją przez 50 lat. Za kolejne pół wieku, peleryna ta zostanie znowu przekazana z mistrza do ucznia. I tak w koło Macieju.

 

Sam trening składał się z kilku etapów. Rano był krótki bieg nad rzekę, w celu wybrania kamienia i położenia go sobie na głowie. Wtedy można była wrócić do świątyni, starając się nie upuścić kamienia. Ćwiczenie to, miało na celu poprawę zmysłu równowagi i cierpliwości – gdyż źle wybrany kamień, podobnie jak źle wybrana kobieta, potrafił utrudnić życie. 

„Be shapeless like a water” – no ale koryto rzeki ma swój kształt?

Następnie było krótkie rozciąganie i przerwa na śniadanie. Po posiłku rozpoczynaliśmy naszą 3 godzinną sesję która składała się kolejno z: rozciągania nóg, masażu, potem znowu rozciągania. Tu należy dodać że nie było wcześniej żadnej rozgrzewki, a mięśnie po porannym biegu już dawno zdążyły ostygnąć. Takie podejście tylko prosiło się o kontuzję. No ale jak ktoś już to wytrzymał, to wtedy następowała główna część treningu czyli podstawowe ciosy, kopnięcia i pozycje. Te ostatnie sprawiały mi trochę problemu, głównie przez moje nawyki z Karate, gdzie szeroka, nisko osadzona postawa była gwarancją stabilnego kopnięcia. Mając takie nawyki, pozycje Kung Fu wydawały mi się niewygodne i niepraktyczne. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Wąskie rozstawienie nóg wymuszało poczucie równowagi, a obniżenie środka ciężkości, wzmacniało mięśnie. 

Na efekty nie musiałem długo czekać. Już po kilku dniach zarówno stabilność jak i siła uległy znacznej poprawie. 

 

Odnośnie samego ćwiczenia form – Bruce Lee był ich wielkim przeciwnikiem. W swojej książce napisał: “Narzucone formy (wzorce), niezdolne do adaptacji czy odkształcenia, dostarczają jedynie lepszą klatkę. Prawda leży poza wszelkimi wzorami. “ 

 

Swój pogląd później ponowił pisząc: “Formy są pustym powtarzaniem, które dostarczają piękną i uporządkowaną ucieczkę od poznania samego siebie wobec prawdziwego przeciwnika.

Chiny, świątynia, taras
Widok z okna: Dziedziniec.

Atmosfera podczas treningów była luźna. Xing Hui była zawsze ciekawa przybyszów i chętnie zagadywała skąd jesteśmy, co robimy i gdzie jedziemy dalej. Nie miała też problemów z opowiadaniem o sobie. Ku naszemu zdziwieniu, okazało się że ta niska dziewczyna o dziecięcej twarzy ma już 30 lat. 

 

Charakteryzowała ją peleryna. Długa do kostek, o kolorze żółci wpadającej w pomarańcz i z kapturem zasłaniającym oczy. W połączeniu z jej ogoloną głową, przypominała mi Saitame – bohatera anime “One Punch Man.” Kilku chłopaków podchwyciło podobieństwo. Xing Hui za to nie wiedziała kto to jest.

 -To taki superbohater – tłumacze.

 – Taki jak Superman?

 – Dokładnie tak.

 – No to ja jestem bardziej taka Super-nun (super-zakonnica) – powiedziała z dumą.

Peleryna, Kung Fu – wszystko się zgadza. Sztuki walki są przecież jak supermoce.  

Już przez resztę dnia Xing Hui wypytywała nas o innych superbohaterów. A przydomek zachował się do końca mojego pobytu.

Śnieg, szczyt, Żółty smok, Chiny
Powyżej 3000 metrów zaczyna się śnieg. Niestety, kończy się też szlak.

Trening technik Kung Fu odbywał się w tradycyjnym Chińskim stylu. Na początku trenerka pokazywała nam co mamy robić, a my mieliśmy nadążać. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że oprócz podstawowych kopnięć i ciosów, pokazywano nam również zaawansowane techniki. Kopnięcia z obrotu, z wyskoku i obunóż tzw. “butterfly kick” – słowem wszystko, co można było zobaczyć w filmach Kung-Fu. 

 

Było to zagranie pod turystów, czy autentyczna metoda treningowa?

 

Początkujący nie byli w stanie powtórzyć żadnej z takich technik. Ale za to każdy, kto miał już doświadczenie w sztukach walki, mógł opanować takie “bajery” w ciągu kilku tygodni. 

Xing Hui jako nauczyciel była bardzo pomocna i cierpliwa i można było od niej uzyskać pomocne wskazówki. Trzeba tylko pamiętać, że choć efektowne, takie kopnięcia nie mają miejsca w realnej walce. Oczywiście, oglądając UFC bądź K1 można czasem zobaczyć kopnięcia z półobrotu, wykonane na twarz lub żebra. Są to jednak wyjątki od reguły, gdyż reszta takich technik zanika. Zachód nie ma czasu na trening nieprzydatnych rzeczy. W Chinach natomiast, te techniki są częścią i ich kultury. I zawsze będą pamiętane.

 

Osobiście, bardzo chętnie uczę się technik, których nigdy nie wykorzystam. Robiłem to sam dla siebie. Bo ta chwila, kiedy wisi się w powietrzu, ze stopami na wysokości czyjegoś nosa, sprawia że czuje się jak bohater kina akcji. I to uczucie warte jest włożonego wysiłku. Do tego dochodzi jeszcze duma, gdy podczas oglądania filmu akcji można krzyknąć “też tak umiem!”.

 

Miało to niestety pewną wadę. Kontuzje

Jeden z początkujących – pochodzący z Kanady Jimmy, doznał poważnego urazu biodra.

W swoim pierwszym tygodniu pobytu, próbował wykonać wysokie kopnięcie z wyskoku. Pomimo chęci, jego technika była niewłaściwa a ciało nie przyzwyczajone. Dodatkowo, ścięgna były nadwyrężone od rozgrzewki, zwłaszcza rozciągania “na zimno”. Jako rezultat, Jimmy musiał odpuścić sobie większośc treningów.

 

Przypomniało mi to o jednym z wpisów z księgi gości. Brzmiał on: “Pozdrowienia ze szpitala w Dali. Uważajcie na kolana.” Do opisu załączono zdjęcie rentgenowskie, przedstawiające zwichnięty staw kolanowy.

 

Tak więc, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to tradycyjne Kung Fu nie powala.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *